wtorek, 15 grudnia 2015

#1 Blogerzy od kuchni- Przyczajony Hasacz

W związku z tym, że całkiem niedawno była mowa o biurkach polskich pisarzy postanowiłam ruszyć z cyklem o bardziej lub mniej znanych blogerach, jak i vlogerach książkowych. W specjalnie przygotowanych postach będziecie mieli okazję przeczytać jak wyglądały początki ich blogowania. Natomiast na sam koniec zobaczycie biurka/stoliki, przy których tworzą.

Jako pierwsza będzie Weronika znana w blogosferze jako Przyczajony Hasacz. Nie od zawsze książki były jej pasją. Początkowo miała problemy z płynnym czytaniem, zwłaszcza na głos, z czasem jednak zaczęła doceniać utwory literackie. Gdy tylko przekonała się do czytania, za każdym razem jak tylko wchodziła do biblioteki słyszała jedno zdanie: "Nie Weronika, nie ma nic nowego". Przyznam szczerze, że podziwiam Weronikę za tempo w jakim dosłownie pochłania książki. Czyta niesamowicie szybko ;)
Przejdźmy zatem do meritum, zadałam Weronice kilka pytań i właśnie teraz zapraszam Was do lektury odpowiedzi jakich mi udzieliła.
Kilka słów o sobie.
Greetings and salutations! Mam na imię Weronika - przy czym nienawidzę swojego imienia. Liczę sobie nieszczęśliwie 22 zimy ( urodziłam się dokładnie 7 lutego '93 ) i nie od zawsze kocham książki.
Przyznam, że miałam potworne problemy z płynnym czytaniem, szczególnie na głos. Wiecie jak to jest - nie umiesz czytać płynnie, wszyscy się śmieją, że jesteś głupi. Głupia to jestem, ale nie o tym mowa. Kiedy przekonałam się do czytania, wciągnęłam się w to do tego stopnia, że panie w bibliotece na wejściu mówiły: "Nie Weronika, nie ma nic nowego". Z czytaniem na głos jest tak, że czytam nieco sprawniej, ale dalej nerwy robią swoje i bardzo się zacinam. Co jeszcze? W zasadzie to wszystko. Poza blogiem uwielbiam suchać muzyki. Kiedyś pisałam coś swojego, ale skutecznie się utwierdziłam w przekonaniu, że nie potrafię tego robić na tyle zajmująco, żeby ktoś chciał to czytać.
Początek.
Blogerem, jako takim, jestem od przeszło dziesięciu lat, ale o książkach piszę dopiero od niedawna. Sam pomysł na bloga, pod wdzięczną nazwą Przyczajony Hasacz, narodził się w przypływie chwili i potrzeby. Początkowo jako Big Dwarf płodziłam dziwne posty krytykujące wszystko dookoła, od polityki, po zachowanie ludzi w mieście. Ale nie było to coś, co by mnie zadowalało. W końcu przypadkiem trafiłam na vloga Anity z Book Reviews i pomyślałam - "Kurde, przecież ja też pożeram książki w zatrważających ilościach... a gdyby tak o tym pisać?". Nie, żeby to była szczególnie odkrywcza myśl, bo już jakiś czas wcześniej kilku znajomych dawało mi do zrozumienia, że powinnam się tym zająć. I tak właśnie, trochę nieudolnie zaczęłam pisać o książkach. Powoli, powoli i zaczyna to mieć ręce i nogi. Przy okazji BookaThonu Lato 2015, który organizowały Anita z Book Reviews, Ewelina Mierzwińska i Olga z Wielkiego Buka, trafiłam na YouTube. Jak? Anita. I wszystko jasne. Właściwie to Anita i jej fochy. I tak przeszło od pół roku jestem na YouTube ( tak, dokładnie dzisiaj 21 listopada mija 6 miesięcy odkąd obarczyłam dany serwis swoim pyskiem ), a blog istnieje od przeszło dwóch lat. Naturalnie miałam dość długie przerwy spowodowane brakiem sprzętu do jakiegokolwiek publikowania czegokolwiek. Nie mniej jednak, dawałam radę. I tak mam do tej pory. Wyobraźcie sobie miny ludzi, kiedy dowiadywali się, że blog przez prawie rok był prowadzony za pomocą aplikacji Wordpress na androida.
Praca.
Do pisania nie potrzebuję żadnych specjalnych warunków. Muszę mieć przeczytaną książkę, dostęp do internetu i względny spokój od otoczenia. Jak to się odbywa? Kończę czytać książkę, zwykle bardzo późno w nocy, kładę się spać, żeby to jakoś przetrawić - i tutaj rozwikłanie tajemnicy odnośnie moich osiągów w czytaniu, cierpię na bezsenność o podłożu nerwowym, więc nie piszcie, że mi zazdrościcie. Nie. Nie zazdrościcie. Zatem, wracając do pracy. Piszę stosunkowo szybko, ale gdybyście widzieli jak to wygląda... Piszę notkę, mam ponad dwa tysiące słów, czytam to od początku do końca i mam ochotę rzucić laptopem/ telefonem/ czymkolwiek na czym właśnie pracuję, bo okazało się, że przez kwadrans pisałam jakiś ochłap. Poprawiam, usuwam, dopisuję coś - efekt końcowy? Narzekanie i ból tej części ciała, gdzie plecy tracą swoją szlachetną nazwę - oczywiście ze strony czytelników. Uwielbiam ich za to. Człowiek się stara, a oni i tak kłody pod nogi. Miłość miljon.
Historia biurka.
ż... Gdybym miała swoje stare biurko, to z pewnością wiązałaby się z nim spora historia, bo miałam je od 8 roku życia i było bydle masywne. Jednak teraz nie mam biurka, a jedynie stolik ze szklanym blatem, na którym jest uroczy motyw brytyjskiej flagi. Nie wiąże się z nim żadna historia, poza tym, że każdy kto do niego siada obija sobie kostki. O mnie to tyle.
Dzięki za przeczytanie. Hasacz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Zapiski książkoholiczki , Blogger