czwartek, 8 listopada 2018
sobota, 3 listopada 2018
środa, 17 października 2018
Martyna Raduchowska - „Spektrum"
Usiądź i zastanów się co daje ci przyjemność. Co wywołuje przyjemne łaskotanie w brzuchu oraz sprawia, że nie możesz doczekać się dalszego ciągu. Zamknij oczy, usiądź wygodnie. Czujesz to? Właśnie takie przeżycia miałam po przeczytaniu Łez Mai. Kiedy tylko dowiedziałam się, o nadciągającym Spektrum, niecierpliwie wypatrywałam mojego kuriera Karola. Była radość, ale też duża obawa. Kolejny tom to zawsze ryzyko. Historia może zacząć się nudzić albo pojawi się klątwa drugiej części. Jak było tym razem?
Technologia to zło Świata. Sprawiła rozkład, rozłam i rozpoczęła waśnie. Ludzkość zanika, a na ulice wkroczyły ich idealne kopie – androidy. Dzieje się tak nie bez kozery. Nowe wersje są lepsze, szybsze, nie tak kruche jak pierwowzory. Ich inteligencja został dobrze rozwinięta, a żaden człowiek ich nie prześcignie. Rozwój sprawił, że nawet ludzie mogą się doskonalić w nienaturalny sposób – implanty są na porządku dziennym. Oczywiście stać na to tylko bogatych, biedni muszą walczyć z coraz większymi przeciwnościami losu. Jedynym ratunkiem była dla nich reinforsyna, ale nagle pada decyzja o jej wycofaniu oraz następuje Dzień Buntu. Nieoczekiwany włam do magazynów sprawia, że pigułki zalewają ulice. A wszystko to opisane jest w serii Czarne światła od Martyny Raduchowskiej. Oczami Jareda próbujemy zrozumieć co się stało. Niestety on niewiele pamięta, ale na ratunek, jak zawsze, rusza Maya, którą znamy z pierwszej części...
Kiedy zasiadłam do Spektrum byłam pełna jak najlepszych myśli. Nareszcie mam okazję zapoznać się z kontynuacją lubianej przeze mnie powieści. W miarę czytania mój zapał powoli gasł. Słucham? Przecież to już było! Kolejny tom przedstawia atak na Beyond Industries, czyli to co się stało w Łzach Mai. Muszę przyznać, że strasznie się zniechęciłam, do tego stopnia, że odłożyłam książkę na pół dnia. Jednak ciekawość wzięła górę i podjęłam się wyzwania – może perspektywa Mai da mi nowy pogląd na historię oraz dostarczy nowych przeżyć? Niby nic nowatorskiego, ponieważ opowiedzenie historii z innej perspektywy, to zabieg dość znany, jednak w tym przypadku jest czymś niebywale przebiegłym. Dzięki autorce można zdecydowanie lepiej poznać historię z Łez Mai. Czytelnik wchodzi jeszcze głębiej w przedstawiony świat.
Każda rewolucja prędzej czy później pożera własne dzieci, a ta ucztuje na mózgach duszonych w psychodelicznym sosie.
Nareszcie miałam możliwość lepiej poznać tajemniczą androidkę. Fakt, w pierwszym tomie jej sylwetka została przybliżona, ale jednak fabuła skupiała się na Jaredzie. Jej myśli, uczucia, czym się kierowała podczas podejmowania decyzji. Autorka pokazała „ludzką twarz” postaci, co jest dość niezwykłym zabiegiem. Przecież bohaterka jest androidem – maszyną, która ma nie czuć. Martyna Raduchowska bardzo dobrze poradziła sobie z połączeniem sztucznej inteligencji z ludzkimi odczuciami. I właśnie na poznaniu Mai głównie skupione jest Spektrum, ponieważ znamy cały przebieg fabuły.
Nie tylko bohaterowie pierwszoplanowi są ciekawi. Również poboczni bohaterowie wnoszą ciekawe momenty do powieści. Chociażby Siobhan, która jest również replikantką i musiała walczyć o swoje. Dwoistość jej natury jest naprawdę przyciągająca. Nie może też zabraknąć miejsca dla Katie, która przez wzięcie reinforsyny zyskuje zaskakujące moce. Jak widzicie dzieje się, a to tylko dwie z całej gamy postaci. Spektrum jest nie tylko powtórką, ale również ciekawym spojrzeniem na współpracę replikantów i ludzi, którzy zostali wygnani ze znanego im środowiska. Widać jak muszą razem działać, żeby tworzyć prężnie działającą wspólnotę. Pokonują przeciwności z dnia na dzień.
I jest jeszcze jeden, wielki plus – zakończenie. Nareszcie jest możliwość poznania czegoś nowego. Wcześniej nieopisane wydarzenia, które wprawiają w radość, ponieważ człowiek się ich nie spodziewa. Zostawiają poczucie niedosytu. Najbardziej podoba mi się, że ten tom naprawdę wprowadza dużo nowego, czego początek nie zapowiada. Kiedy pogodziłam się z powtórką z rozrywki – bam!
Książki umierają z godnością i w ciszy, niepostrzeżenie obracają się w proch już od dnia, w którym jeszcze ciepłe i pachnące drukarską farbą trafiają na swoją pierwszą półkę.
Może być wiele plusów, ale znalazłam jednak coś przeciw. Oczekiwałam rozwiązania kilku ważnych kwestii. Niestety otwarte wątki są takie nadal. Moje wewnętrzne ja gorzko kwili, ponieważ miałam nadzieję na ciekawe rozwiązania. Kolejnym minusem jest brak zaskoczenia. Znam już tą historię i nie spotkałam się z szybszym biciem serca czy wstrzymanym oddechem, co często spotykało mnie przy Łzach Mai. Jedak muszę przyznać, że spojrzenie na temat oczami drugiego bohatera, poszerzyło moją widzę i nadrobiło braki, o których nie do końca wiedziałam.
Co jest ciężkiego w stworzeniu tej samej historii dwa razy? Szczegóły... Wielu autorów wyłożyło się na swoim pomyśle powielania treści z prostego powodu. Cała fabuła i przekaz były takie same, lecz to szczegóły podkopywały pod twórcą dołki. Zagorzali fani tytułu znają wszystko w najdrobniejszym detalu, nie można iść an skróty, ponieważ padnie się ofiarą własnego pomysłu. Martyna Raduchowska nie popełniła tego błędu. Wszystko jest takie samo, jak w pierwszej części. Można powiedzieć, że nowe spojrzenie nadało całości dodatkowej głębi.
Wielkie pokłony za prosty przekaz i zrozumiałe sformułowania. Mimo że powieść charakteryzuje się technologicznymi zwrotami czy medycznymi odniesieniami, to przekaz jest jasny. Nie brodziłam jak dziecko we mgle oraz mogłam zrozumieć nawet najbardziej skomplikowane zwroty. Do tego cała rzeczywistość została szczegółowo opisana – sprawnie mogłam ją sobie wyobrazić. Najlepsze jest, że struktury, które się przenikały są bardzo rozbudowane. Książka zmusza człowieka do zastanowienia się nad własną etyka działania. Czy człowiek ma prawo do stworzenia i podporządkowania sobie wszystkiego co chce? Gdzie są jakiekolwiek granice? Czy wymyślenie androidów na nasze podobieństwo jest dobrym pomysłem? A najważniejszym pytaniem, które przewijało mi się przez głowę, podczas czytaniu obu powieści: czy twórca powinien pozwolić na swobodę własnemu dziełu?
- Izzie, zanim mnie wyłączą, pozwól mi zrozumieć. Dlaczego?Kobieta siedzi w kucki pod ścianą i kiwa się lekko w przód i w tył, wpatrzona w podłogę, z dłońmi przyciśniętymi do czoła i palcami wbitymi w rozczochrane włosy.- Bo nie chcę go stracić - mówi niewyraźnie, nie podnosząc głowy, nie patrząc mi w oczy.
Spektrum jest bardzo dobrym uzupełnieniem Łez Mai. Otwiera czytelnikowi oczy na skale problemu z jakim musi poradzić sobie Jared i Maya. Książka wprowadza zamieszanie w uczuciach, wystawia na próbę słuszność podejmowanych decyzji i igra z etyką, w którą się wierzy. Mimo początkowych obaw cieszę się, że Martyna Raduchowska stworzyła takie cudo, które daje wiele radości. Może i sporo rzeczy się powtarza, ale nie są przeciągnięte oraz nie zapychają akcji. Dzięki Spektrum poznałam wyjaśnienie na niektóre tematy, ale jednocześnie otworzyły mi się nowe drzwi, które nie wiem dokąd prowadzą – kolejne niewiadome bez odpowiedzi. Oczywiście czekam na kolejną część!
Moja ocena: 9/10
Katarzyna Gnacikowska/Sowix
wtorek, 9 października 2018
sobota, 22 września 2018
piątek, 17 sierpnia 2018
Jenny Han - „Do wszystkich chłopców, których kochałam”
Kiedy jest się już dorosłym, ma własny dom, pracę oraz masę innych obowiązków, zaczyna się doceniać małe rzeczy. Kawa wypita w spokoju czy wspólny wieczór z ukochanym to rarytas. Pamiętam jak byłam młodsza i wyobrażałam sobie dorosłe życie. Tak, będę szczęśliwa, do niczego nie będę się zmuszać. Wiecie, cud, miód, orzeszki. Niestety rzeczywistość jest inna. Choć nie mogę narzekać na wszystko, to jest wiele do poprawy. Ostatnio szczególnie to odczuwam. Co wtedy robię? Wyznaczam sobie cele, które chcę osiągnąć. Podejmuję decyzję i choć są trudne do zrealizowania, to się nie poddaje. Na odstresowanie sięgam po komedie romantyczne, młodzieżowe, horrory (ciężko wytłumaczyć) oraz lekkie i przyjemne powieści, które dają mi się oderwać. Najlepiej jak pozwolą mi też powrócić do młodzieńczych lat, tamtych problemów. Tak, bardzo chciałabym mieć je teraz. Właśnie dlatego sięgnęłam po powieść Do wszystkich chłopców, których kochałam.
Najgorsze jest to, że przez ten głupi, nic nie znaczący pocałunek zacząłeś mi się podobać, chociaż nigdy wcześniej nie patrzyłam na Ciebie jak na ewentualnego chłopaka.
Lara Jean to nieśmiała dziewczyna, która bardzo często odpuszcza. Nie lubi pokazywać kiedy ją coś boli albo martwi. Rodzina jest dla niej najważniejsza. Chce być niewidzialna dla otoczenia, ale zdarzają się momenty, że brakuje jej uwagi. Zadurzyła się już pięć razy. Zawsze była to głęboko skrywana miłość, którą chowała w środku siebie. Gdy uczucia są zbyt przytłaczające – pisze list miłosny, który adresuje, ale nigdy nie wysyła, tylko chowa w pudełku. Tak radzi sobie z odrzuceniem. To jej sposób na przetrawienie wszystkiego. Pewnego dnia listy znikają i zaczyna się ciąg śmiesznych, ale również przerażających sytuacji. Co z tego wyniknie? Czy Lara Jean będzie szczęśliwa?
Muszę przyznać, bez bicia, że z książką miałam nie lada problem. Owszem, słyszałam o wcześniejszym wydaniu, ale jakoś zawsze nie było nam po drodze. Wpływ na to miał fakt braku kolejnych części w naszym języku. Aż do teraz. Wzięłam książkę, zaczęłam czytać i po kilkudziesięciu stronach... odłożyłam. Nie mogłam przebrnąć. Mimo że tematyka wydawała się ciekawa, bohaterka była bardzo dziecinna, a styl pisania mi nie przypadł do gustu. I tak krążyliśmy koło siebie ze dwa dni. Stwierdziłam, że jednak muszę skończyć to co zaczęłam. Po skończeniu cieszę się, iż nie odpuściłam, ponieważ wiele bym straciła.
Zależy ci tylko na chłopakach, którzy z jakiegoś względu są dla ciebie poza zasięgiem. A wiesz dlaczego to robisz? Dlatego, że się boisz - Czego się tak boisz?
Lara Jean to dziewczyna zamknięta w sobie, która rzadko mówi o swoich uczuciach. Stara się jak najlepiej, żeby wszyscy wkoło byli zadowoleni. Mieszka z siostrami i tatą. Mama umarła, a jej obecność cały czas jest odczuwalna w domu. Członkowie rodziny bardzo często ją wspominają. Samotny ojciec stara się jak może w babskim środowisku. Dziewczyny bardzo mu pomagają. Zawarły pakt, w którym będą tacie zawsze pomagać. Sytuacja się trochę zmienia kiedy Margot, najstarsza siostra Song, wyjeżdża na studia o Szkocji. To ona zawsze zajmowała się wszystkim i pilnowała żeby nie było wpadek. Teraz ten obowiązek spada na główna bohaterkę. Często zapomina o sobie. Dlatego też stosuje metodę niewysłanych listów miłosnych. Skrywa swoje uczucia i nie chce nikomu o nich mówić. Niespodziewana ich wysyłka jest najlepszą i jednocześnie najgorszą rzeczą jaka ją spotkała. Opisała w niej uczucia, również do byłego chłopaka siostry. Aby uwierzył, że to stare dzieje, postanawia zgodzić się na pewien kontakt.
Podoba mi się, naprawdę jestem zauroczona powieścią. Mimo topornego początku, całość jest słodko gorzką historią o dorastaniu, tęsknocie, potrzebie akceptacji, wybaczaniu i wychodzeniu ze swojej strefy komfortu. Główna bohaterka jest idealnym przykładem, że nastolatka nie musi się buntować, żeby być ciekawą postacią. Autorka przedstawiła ciekawą tezę – grzeczne dziewczynki również mogą być interesujące. W świecie, gdzie dominują odważne i twardo stąpające po ziemi kobiety, Lara Jean jest kimś innym. Nie ma w niej wulgarności, potrzeby błyszczenia. Jest taka jak my. Ma swoje obawy, troski, zmaga się odrzuceniem, brakiem akceptacji, wyszydzaniem. Zapewne każda z nas zmagała lub zmaga się z nieodwzajemnioną miłością. Stwierdziłam, że bohaterka targają takie same emocje, jak mną gdy miałam naście lar. Ba! Nawet teraz, mimo że licznik pokazuje 30. Jest jednocześnie delikatna i rozsądna. Podoba mi się, a naprawdę nie myślałam, że tak będzie.
Powieść jest typową młodzieżówką, która opowiada o nastoletnich problemach, jednak przesłania z niej płynące można zastosować w dorosłym życiu. Jak pisałam wcześniej, ostatni czas nie jest dla mnie łatwy. Dużo w nim wątpliwości oraz zmagania się z własnym ja. Poczucie niespełnienia i porażki – norma. Każdy, kolejny przykład, że nie jestem sama, jest na wagę złota. Powieść pozwoliła mi się wypłakać, ale również śmiać. Spadł mi częściowy ciężar z barków, a dziura w środku jakby trochą zmalała.
Autorka ma bardzo specyficzny styl pisania. Naprawdę! Jeśli się go nie polubi, to nic z tego nie będzie. Czyta się szybko, ale pierwsze kilkadziesiąt stron trochę przynudza i nie zachęca do czytania. Radzę wam przez nie przebrnąć, ponieważ potem jest tylko lepiej. Po skończeniu powieści, w głowie pojawiło się słowo: uroczo, bo właśnie taka jest lektura. Słodka, dziewczęca, pełna dziwnych i wywołujący chichot sytuacji. Podczas czytania zamieniłam się w nastkę, która z wypiekami na twarzy, cieszyła się, że żenujące sytuacje nie trafiły na nią. Jednocześnie trzymałam kciuki żeby Sara Jean przełamała swoje opory i zaczęła żyć. Przestała się tyle martwić. Płyneła z nurtem jaki los jej daje.
Jenny Han bardzo dobrze nakreśliła wątek miłosny, ale głównie skupia się na rodzinnych relacjach. To właśnie one są motorem napędowym wszelkich działań rodziny Song. To jak radzą sobie z problemami i wzajemnie wspierają jest godne podziwu. Zapewne wiele osób pozazdrości im takich relacji.
Cudowna, wspaniała i kochana (tak wiem, dziwne stwierdzenie) powieść, który jest lekka, przyjemna oraz pouczająca. Najlepiej trafi do młodych, którzy właśnie wchodzą w dorosłość. Da pociechę, ukojenie. Dorośli z sentymentem wrócą do dawnych czasów. Przypomną sobie jak to było mieć naście lat. A od dziś możecie zobaczyć ekranizacje te cudownej książki na Netflix.
Za możliwość przeczytania książki dziękuję:
Katarzyna Gnacikowska vel Sowix
